Franz Ferdinand – 19.11.2008

Długo wyczekiwany koncert, przynajmniej przeze mnie w końcu miał miejsce – 19 listopada anno domini 2008, klub Stodoła w Warszawie. Wpuszczać zaczęli od godziny 18 i chociaż kolejka, w której stałam zdążyła do tego czasu już sporo urosnąć, poszło im to bardzo sprawnie. Później oddanie kurtek, wizyta w toalecie i oczekiwanie na pojawienie się zespołu. W miarę upływu czasu ludzi coraz bardziej przybywało, w związku z tym robiło się coraz ciaśniej – sala była wypełniona po brzegi. Niecierpliwie wyczekiwanie aż w końcu support, Kissogram zagra ostatni kawałek aż… w końcu nadszedł ten wyczekiwany moment, zespół wszedł na scenę i rozpoczęło się prawdziwe szaleństwo.

Była to druga wizyta Franz Ferdinand w Polsce. Podczas pierwszej na openerze dwa lata temu, słyszałam głosy, że był to średni występ (w opinii osób, które były na ich zagraniczynych koncertach). Po wczorajszej imprezie w Stodole nie pozostaje mi nic innego jak przyznać im rację. Ten żywioł, od początku do końca to było coś zupełnie innej jakości. I chociaż nie można powiedzieć, że koncert na openerze był zły, to jednak kawałek naprawdę dobrej zabawy można było doświadczyć dopiero w Warszawie.

W związku z planowanym wydaniem nowej płyty Tonight: Franz Ferdinand, można było usłyszeć kilka nowych kawałków, przeplatanych z tymi dobrze znanymi jak: Walka away, Michael, The Fallen, Take me out czy This Fire. Na ten ostatni kawałek czekałam cały koncert i czułabym się troszkę zawiedziona gdyby tego nie zagrali. Ale na całe moje szczęście, zrobili to pod sam koniec, piękne zakończenie całego wieczoru.  This fire is out of  control. I’m going to burn this city, burn this ciyt! Cała sala skacze, klaszcze i śpiewa z nami, coś pięknego. I może Alex nie jest największym frontmanem, jednak potrafił utrzymać dobry kontakt z publicznością, w pewnym momencie skoczył nawet do niej ze sceny. Co wywołało oczywiście kolejny wielki wybuch radości.

Krótko mówiąc, koncert więcej niż udany. Opłacało się tłuc do Warszawy zimnym, nieogrzewanym pociągiem. Parę uwag na koniec, nie zabrakło oczywiście tzw. słupków soli. Przez jakiś czas stały koło mnie dwie dziewczyny… To straszne, że na koncercie wszyscy chcą się dobrze bawić, ciagle skaczą, ojej… Uff… Na szczęście szybko sobie poszły i nie widziałam ich już więcej. Poza tym doszłam do wniosku, że tak jak trzeba od czasu do czasu spotkać się ze znajomymi ludźmi i wyjść z nimi na piwo, tak należy od czasu do czasu pójść na dobry koncert. Dzień przed, kiedy cieszyłam się, że to już zaraz, dopiero zdałam sobie sprawę jak takiej imprezy mi brakowało. Obym nie musiała długo czekać na następny koncert.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Muzyka i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.