Bóg i autobusy

There’s probably no God. Now stop worrying and enjoy your life. Tekst ten, na początku stycznia pojawił się na brytyjskich autobusach – Prawdopodobnie Bóg nie istnieje. Przestań się martwić i ciesz się życiem. Akcję poparł Richard Dawkins, kojarzony najczęściej z książką Bóg urojony, a cała kampania została wsparta przez Brytyjskie Stowarzyszenie Humanistyczne. Na reakcję drugiej strony nie trzeba było długo czekać. I nie mam tu na myśli normalnych protestów, zaskarżanie o obrazę uczuć religijnych czy czegoś podobnego w tym guście (chociaż i takie też się pojawiły). Wierzący dali odpór stosując dokładnie taką samą metodę – po Hiszpaniu zaczęły kursować autobusy głoszące, że Bóg istnieje, zaufaj mu.

Patrzę na tą autobusową walkę o wiarę i mam ambiwalentne uczucia. Z jednej strony, rozbawienie. Pytanie czy na autobusach się skończy, czy może sięgnie się po inne artykuły? Od razu przed oczyma stanęła mi sytuacja kiedy człowiek sięga po butelkę z piwem a tam zaatakuje go tekst: Bóg istnieje! albo Boga nie ma! Z drugiej strony powstaje pewien niesmak. Bo jednak zagadnienia wiary czy niewiary to są jedne z najbardziej osobistych spraw każdego człowieka. A sprowadzenie tego problemu do tanich chwytów, podobnych do tych jakie używa się do zareklamowania np. proszku do prania czy najlepszych ciuchów, budzi pewien instynktowny sprzeciw.

Śmiać się z tego czy załamywać ręce.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Subiektywnym okiem. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Bóg i autobusy

  1. Lord Turkey pisze:

    Dla mnie zastanawiające jest coś jeszcze: ateiści z postawy negującej istnienie Boga stają się zorganizowanym ruchem na wzór kolejnej religii, starającym się przekonać jak największą liczbę ludzi do swych własnych dogmatów… Pozyskać neofitów ateizmu.

    Także poziom sloganów obu stron, siłą rzeczy ograniczany przez reguły i możliwości tej absurdalnej konfrontacji, mocno spłyca temat – który, jak napisałaś, należy do tych najbardziej osobistych w życiu człowieka. Z drugiej strony – jeżeli sprowokuje to kogoś do refleksji, to chyba nie będzie tak źle. W końcu świadome myślenie i decyzje są najważniejsze, także w tym temacie.

  2. Metzli pisze:

    Właśnie przez płytkość tej, nazwijmy umownie, dyskusji mało prawdopodobne, żeby napisy na autobusach zmusiły kogoś do głębszej refleksji. Mignie komuś taki przekaz w drodze do pracy i przejdzie nad tym do porządku dziennego.

    I nie jestem do końca przekonana czy można już mówić o zorganizowanym ruchu ateizmu, tych przysłowiowych „wojujących” nigdy nie brakowało ; ) A ateiści to jednak dość różnorodna grupa.

  3. Lord Turkey pisze:

    Może mignie, a może… sprowokuje do podobnej refleksji jak Twoja? Nigdy nic nie wiadomo 😉

    Co do organizowania się ateistów – na pewno nie tworzą jakiejś globalnej wspólnoty, a ich akcje są nieskoordynowane, ale takie stowarzyszenia mogą (jak udowodniły „ateobusami”) już coś zdziałać i nagłośnić swoją sprawę. Tylko czy na pewno z pożytkiem dla siebie?

  4. Maeg pisze:

    Ja pierwszy raz o tych autobusach dowiedziałem się w październiku (czytajcie dzieci blogi, bo one są szybsze od skostniałych tradycyjnych mediów),sprawa wygląda tak, że akcje zyskała tak duże popracie, że udało się uzbierać kasę na więcej niż jeden autobus. Dziwne, że nasze media dopiero chwyciły się za tą sprawę.

    A cała akcja jest opowiedzią na reklamowanie się przez chrześcijan, więc to nie tak, że ateisci od tak sobie wpadli na ten pomysł. 😉

  5. Metzli pisze:

    Indyczek-> Faktycznie, jakaś mała może… Ale to taki krótki tekst, raczej nie sprawi, że człowiek zacznie rozważać głębokie problemy istnienia czy nieobecności Boga.

    Magiel -> W tej sytuacji nieważne jest dla mnie kto zaczął. Po prostu ta forma zupełnie mi nie odpowiada. Przerzucanie się takimi hasłami, żeby nie powiedzieć sloganami do niczego nie prowadzi. Co najwyżej okopaniu się na swoich pozycjach.

  6. Maeg pisze:

    Ewentualnie pozwala zaistnieć w przestrzeni publicznej. 😛

    Mi to zupełnie nie przeszkadza, tak samo jak chrześcijańskie reklamy. Ale ja nie o tym, akcja „There’s probably no God.” przenosi się też do Toronto. 😛

Możliwość komentowania jest wyłączona.