Lars von Trier – „Antychryst”

Praktyka wyboru filmów do obejrzenia, która bierze pod uwagę tylko nazwisko reżysera (z wyrobioną opinią w środowisku) zawsze obarczona jest pewnym ryzykiem. O ile jasne jest, że osoba kryjąca się za nazwiskiem zdążyła uczynić z niego rozpoznawalną markę, nie jest powiedziane, że ten znany produkt gdzieś po drodze nie zdążył się popsuć. Prowokujący, budzący kontrowersje – określenie, które stały się już pewną wizytówką duńskiego reżysera, nie ominęły również jego najnowszego filmu  – Antychryst. W kilkunastu kinach można było zobaczyć przedpremierowy pokaz filmu, który w Cannes wzbudził skrajne emocje. Jak pan śmiał zrobić taki film!? – to pytanie miał podobno wykrzyczeć jeden z dziennikarzy w Cannes do Larsa von Triera po projekcji.

Terapeuta i badaczka średniowiecznej historii (głównie prześladowań kobiet w tamtym czasie) oraz utrata małego dziecka. Tragiczny wypadek, tym bardziej bolesny, że miał miejsce kiedy rodzice zajęci byli sobą i to dogłębnie. Mógłby to być świetny wstęp do opowieści o bólu, stracie, wyrzutach sumienia i żalu. Jednak takie rozwiązanie byłoby zbyt prostym wybiegiem dla tego reżysera, a sama historia ze śmiercią dziecka pretekstem do przedstawienia zupełnie odmiennej. Tym bardziej, że przypadkowość tej tragedii jest w końcowych sekwencjach filmu poddana pod wątpliwość.

Po śmierci dziecka kobieta trafia do szpitala, on, jako skuteczny terapeuta, wypisuje ją i zaczyna samodzielną terapię. Nie zważając na fakt, że członków rodziny nie powinno się leczyć samemu. Wyjeżdżają do małego domku w lesie, ich prywatnego Edenu – a tam wszystko przybiera coraz gorszy obrót. Mąż jest chłodny i racjonalny do granic możliwości, ona reaguje coraz bardziej emocjonalnie. Całość doprowadzi do katastrofy i przekształcenie się kobiety w potwora, tytułowego antychrysta. Wszystko ukazane przez kolejne sceny seksu, wściekłej żądzy i jeszcze większej przemocy, wobec siebie i partnera.

Jak nigdy, po tym filmie miałam ochotę sięgnąć po jego recenzje, opinie osób ze znanych gazet, które zazwyczaj omijałam z daleka. Antychryst zostawił mnie absolutnie obojętną, bez emocji – natłok scen kopulującej ze sobą pary i aktów przemocy gdzie innych śmieszył lub przerażał, mnie zobojętnił. Zapewniam, że na 100 osób w kinie 20 wyjdzie w czasie projekcji, bo jest to najmocniejszy horror, który widziałam. – pisze Małgorzata Szumowska, w czerwcowym wydaniu magazynu Film. Na przedpremierowym pokazie we wrocławskim Heliosie sala była pełna, ale nikt nie wyszedł. Co najwyżej im dalej tym coraz częstsze wybuchy śmiechu. A ja nudząc się już na samej końcówce, zastanawiałam się co ten film miał przekazać? Zło jako takie, zło w naturze ludzkiej, zło w samej kobiecie, pierwotność samej natury wymykające się klasyfikacjom, ten kościół Szatana?

Jedno trzeba przyznać, film należy docenić przynajmniej ze względów wizualnych – mając na myśli poszczególne sceny. Pokazywane w zwolnionym tempie, przy użyciu światłocienia, zatrzymania kamery na jakimś detalu, tak jak to miało miejsce przy scenie aktu seksualnego, który rozpoczynał cały film. Przy końcowych napisach dowiadujemy się, że został zadedykowany Andriejowi Tarkowskiemu. Możliwie jak najszybciej trzeba będzie odrobić zadanie domowe i zapoznać się z jego Zwierciadłem. Może przez to Antychryst zyska inną wymowę?

Zadawałam sobie również pytanie, czym ten film różnił się od poprzednich obrazów Larsa von Triera? Jak choćby Tańcząc w ciemnościach, Przełamując fale czy Dogville gdzie kobieta poświęca się w imię celu, który uważa za wyższy od niej samej. Dochodząc w tej dobroci niemalże do granic masochizmu, jest jednocześnie ofiarą sytuacji i osób, które potrafią to wykorzystać. W Antychryście pozornie jest przełamany ten schemat – to kobieta atakuje, ocierając się niekiedy o gwałt na własnym mężu,  dla mnie jednak pozostaje ciągle ofiarą własnej natury. Bardzo zwierzęco przedstawionej przez reżysera.

Jednocześnie po zakończonej projekcji doszłam do wniosku, że forma wzięła tutaj górę nad treścią. Jakby ze środka przekazu stała się celem samym w sobie, ale pusta niewiele sobą wnosi. Wytnijcie brutalne sceny, a niewiele z tego filmu zostanie.  Lars von Trier uraczył widza swoją poterapeutyczną wizją, sam wyznał w Cannes, że wyszedł z głębokiej depresji a sam film zrodził się z jego snu. I uraczył widzów swoją mroczną wizją. Nie każdy  jednak będzie chciał brać w niej udział.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Film i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Lars von Trier – „Antychryst”

  1. Gand pisze:

    To teraz powiedz mi Metz jasno i klarownie – warto iść na to do kina, czy nie warto? 😉

  2. Metzli pisze:

    Moim zdanie nie, nie warto też było wybierać się specjalnie na nocny seans. Mam wrażenie, że Lars von Trier przekroczył w tym filmie pewną granicę, przed którą w swoich wcześniejszych filmach się zatrzymywał. I nie dało to dobrego efektu 😉

  3. MargoT pisze:

    …a może właśnie to był jego zamierzony efekt: wywlec i utrwalić poczucie wstydu i winy wmawiane kobietom przez mężczyzn? Włożone w usta bohaterki dialogi i sposób jej postępowania jest odwrotnością postępowania mężczyzn. Tymczasem każda z nas ma swoją własną tożsamość. Film jest wyjątkowo mizoginistyczny. To jak nawoływanie do agresji fizycznej wobec kobiet, bo według reżysera kobiety to potwory. Tylko ilu mizoginów zauważy, że to fikcja, a nie realnie istniejąca kobieta? Pod tym względem doskonale rozumiem pytanie wykorzyczane przez jednego z dziennikarzy: „Jak pan śmiał zrobić taki film!?” Ponieważ oddziaływanie filmów na społeczeństwo jest bardzo silne. Jak powiedziała moja koleżanka po projekcji: „Teraz mężczyźni serwują kobietom inne stosy, niż te w średniowieczu. ale jedno się nie zmieniło: nawoływanie do tego.” Dotarło do mnie też zdanie jakiegoś chłopaka brzmiące mniej więcej: „A jaką inną mamy jeszcze nad nimi przewagę, jeśli nie fizyczną?”

  4. Metzli pisze:

    Przypomniał mi się jeden wywiadów z Trierem, kiedy na pytanie czemu tak znęca się nad swoimi bohaterkami odpowiedział, że cierpi razem z nimi. Czy w tym wypadku było tak samo?

    Ten film zawiera wszelki znaki, żeby powiedzieć o nim made by Lars von Trier. Krąży w zasadzie wokół tego samego tematu, tylko w „Antychryście” opowiedziany trochę w odwrócony sposób, tak jak powiedziałaś.

    Jednak ten film do mnie nie przemawia, na pewno nie w takim stopniu jak poprzednie.

  5. Koti pisze:

    Problem w tym że poprzednie filmy jakkolwiek wyborne to jednak stanowiły jedynie mniej czy bardziej skomplikowaną układankę przyswajalną większości.
    Przypadek Antychrysta to zupełnie inna konwencja. Autor daje szansę odbiorcom poszukującym przez podrzucenie motywów nie koniecznie wiążących się ze sobą ale tworzących grunt dzięki któremu film w pewnej płaszczyźnie w ogóle może istnieć oraz tym którzy potrafią jedynie bądź także odczuwać czy raczej odbierać za pośrednictwem innej części mózgu, czuć „żołądkiem” kiedy racjonalne myślenie prowadzi donikąd.
    A może to tylko sen?!

Możliwość komentowania jest wyłączona.