Open’er Festival 2009

To są nasze 4 dni i nikt ani nic, w tym wszechobecny światowy kryzys nam ich nie zabierze. Nie zwijamy żagli, wręcz przeciwnie: stajemy dumnie, powiększamy festiwal i w rytmach najlepszej światowej muzyki celebrujemy bliskie nam wartości, w tym przede wszystkim WOLNOŚĆ. Bo dla Wolności jest to rok szczególny, mija właśnie 20 lat od jej odzyskania, a bez tego wydarzenia nie stalibyśmy dzisiaj w wielotysięcznym tłumie z radośnie uniesionymi rękami. Ciągle trzeba o nią zabiegać, pielęgnować i wspierać tych, którzy wciąż nie mogą z niej korzystać.

Słowa Mikołaja Ziółkowskiego, szefa Alter Artu, witające festiwalowiczów w specjalnie przygotowanym przewodniku (jeśli ktoś zdecydował się taki nabyć). Bardzo spodobały mi się te słowa o wolności, może dla niektórych brzmiące zbyt patetycznie, dla mnie bardzo prawdziwe. W Gdyni, na otwartej przestrzeni w Babich Dołach można było naprawdę poczuć powiew tej wartości jaką jest wolność. I nie będzie przesady w stwierdzeniu, że to miasto to strzał w dziesiątką jeśli chodzi o miejsce na organizację takiego festiwalu. W Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu to już nie byłoby to samo… Open’er to nie tylko koncerty (chociaż głównie to z myślą o nich nabywa się bilet), ale też specyficzna atmosfera, niespotykana nigdzie indziej.

Dodatkowo przestaje być tylko wyłącznie imprezą lokalną, a staje się wydarzeniem zauważanym również na świecie. Pierwszy raz byłam na tym festiwalu w 2006 roku, później w 2008 i teraz trzeci raz przypada na 2009. Miło popatrzeć czym ten festiwal się stał, sposób w jaki się rozrasta i spoglądać na coraz bardziej zróżnicowaną publiczność. Koncerty, projekcje filmów, strefa NGO czy Fashionery (to akurat nowość, pokazy mody). Zauważenia w naszych mediach, ale przede wszystkim w tych zagranicznych: gazeta The Sunday Times wybrała Open’er jako najlepsze wydarzenie muzyczne spośród 20 podobnych mających miejsce za granicą. Jedno z największych wyróżnień, chociaż nie jedyne.

Podczas tej edycji festiwalu pojawiały się głosy o stosunkowo słabej ofercie artystów, którzy mają wystąpić, line-up bez wielkich gwiazd. Siła sugestii czy nie, też w pewnym momencie zaczęłam wątpić czy suma 300 zł, która poszła na czterodniowy karnet to do końca dobrze wydane pieniądze. Pojechałam i mogę powiedzieć: nie żałuję. Co prawda nie było tak jak wcześniej konkretnego dnia, który mogłabym określić mianem tego najlepszego, ale spoglądając na całość, pod względem koncertowym to były naprawdę udane dni. Basement Jaxx, Moby, Faith No More, Pendulum i Prodigy – to według mnie najlepsze koncerty tegorocznego  Open’era. Podane w kolejności w jakim występowały poszczególne grupy, bo palmę pierwszeństwa dzierży według mnie Prodigy. Fenomenalny koncert, półtorej godziny absolutnego szaleństwa od początku do końca. I fakt zobaczenie tej legendarnej wręcz grupy na żywo, coś cudownego. Występ, który zamykał cały festiwal rozpoczął się około 2 w nocy, a kończył jak już powoli zaczynało się przejaśniać.

Z kolei jeśli mówić o najgorszych koncertach, to mam dwa typy: Arctic Monkeys oraz Placebo. Ci pierwsi, mieli problem z dźwiękiem, którys siadł dwa razy podczas występu (swoją drogą niedopuszczalne niedociągnięcie na festiwalu, który zyskał sobie taki rozgłos). Może to być pewne wytłumaczenie, ale ich podejście do publiczności też pozostawiało wiele do życzenia, ciągle tylko monotonnne Thanks, everybody. Tak swoją drogą podobne problemy miało też Basement Jaxx, ci jednak świetnie sobie z tym poradzili, tak że nie było to odczuwalne dla publiczności. Kilka chwil improwizacji, aż wszystko dojdzie do ładu i koncert toczy się dalej bez żadnych przerw.

Po występie Placebo stwierdzam, że powtarzają swój scenariusz sprzed trzech lat, czyli stosunkowo kiepski występ na festiwalu, żeby później dać o wiele lepszy na warszawskim Torwarze (w listopadzie będą znowu w Polsce). Za dużo kawałków z nowej płyty, te stare pomiksowane w sposób, który trochę uniemożliwiał najlepszą zabawę publiczności a Brian Molko i Stefan Olsdal sprawiali wrażenie jakby odbębniali konieczny obowiązek. Tylko nowy perkusista, Steve Forrest, (piękny chłopiec z dużą ilością tatuaży) dawał z siebie wszystko. Jednym słowem kiepski koncert, tym bardziej, że stać ich na wiele więcej.

Jeszcze parę słów o Faith No More, Pendulum, i Mobym bo zasługują na  mały komentarz. Pierwsza grupa, a raczej w zasadzie występ Mike’a Pattona, który mogę określić mianem genialnego i nie będzie w tym stwierdzeniu zbyt dużo przesady. Ten człowiek był niesamowity. Jednocześnie swoją osobowością sceniczną przyćmił resztę zespołu, który przy swoim frontmanie wypadł raczej blado. Wyjście do publiczności i podtykanie mikrofonu fanom, dwa bisy – co nie jest częstą sytuacją na koncertach, tym bardziej tych festiwalowych gdzie czas na występ jest ograniczony.  Pamiętam jak jakiś człowiek za mną mówił: Nie wierzę, nie wierzę. To się po prostu nie zdarza! Tutaj jednak miało miejsce, długo oczekiwany koncert nie zawiódł pokładanych w nim oczekiwań.

Pendulum to była dla mnie zupełna nowość, nie chciało mi się sprawdzić wcześniej co to za grupa, przesłuchiwać konkretnych kawałków. Na koncercie zostałam, żeby chociaż zobaczyć co to właściwie jest (w końcu zapłaciło się za pełny karnet). Powiem jedno, pójście do namiotu byłoby niewybaczalną pomyłką, dali świetny występ, przy którym bawiłam się znakomicie. Stałam dobry kawałek z tyłu, co nie przeszkadzało stojącym tam ludziom szaleć na całego. Lider zespołu, Rob Swire,  również docenił publiczność: What an amazing crowd! Mam nadzieję, że po takim przyjęciu jeszcze zawitają do naszego kraju.

I co do występu Moby’iego – nie da się o nim wspomnieć w takich superlatywach jak o dwóch poprzednich, ale mimo wszystko był to bardzo dobry koncert. Tym bardziej, że wcześniej słyszałam raczej niepochlebnie opinie o jego występach na żywo. Dziękuję! i Kocham Polskę! padało niejednokrotnie ze sceny wzbudzając burze oklasków, nie obyło się też bez bisu, który tylko dopełnił ten występ i pozostawił dobre wspomnienia (i zmęczenie po koncercie).

Tytuł tego wpisu mógłby też spokojnie brzmieć: Open’er – sztuka wyboru, bo niejednokrotnie trzeba decydować się na jeden koncert rezygnując z innego. Przez opóźnienia w lotach zrezygnowałam z występu grupy Madness (a też podobno był rewelacyjny) wybierając się na tent stage, żeby chociaż przez pół godziny zobaczyć Emilianę Torrini. Szkoda było wychodzić po tak krótkim czasie, jednak nie mogłam sobie pozwolić na opuszczenie Faith No More. Sama artystka była zaskoczona tak dobrym przyjęciem (zresztą nie ona jedna spośród zagranicznych zespołów, które zawitały do Polski po raz pierwszy) i nie kryła prawdziwego wzruszenia. Te cztery dni minęły bardzo szybko, aż może w zbyt ekspresowym tempie. Zostały bardzo dobre wspomnienia i opaski, które od razu powędrowały na tablicę korkową, upiększając tym samym moją małą kolekcję koncertowych pamiątek.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Muzyka i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Open’er Festival 2009

  1. Sharin pisze:

    Cóż mogę powiedzieć? Żałuję, że wybrałem Avangardę.

    Nadrobię zaległości w przyszłym roku 😉 Mam nadzieję, że wspólnie z małżonką uda nam się uczestniczyć we wspomnianej przez Ciebie imprezie.

  2. Metzli pisze:

    Nie jest to tania impreza, ale warto jeśli ktoś umie się przy tym bawić. Ja przez te parę dni w Gdyni odpoczywam jak nigdzie indziej. Na pierwsze zapowiedzi artystów, którzy będą występować trzeba będzie poczekać co najmniej do stycznia… Ale warto też zerkać na Selector Festival, chociaż tutaj to bardziej muzyka elektroniczna (a przynajmniej taki jest zamysł).

  3. Sharin pisze:

    Wczoraj z Olą usiedliśmy nad wstępnym kosztorysem (podsumowanie wydatków na wykończenie mieszkania, itd. + planowany Open’er). Po burzliwych „za” i „przeciw” wyszło nam, że wyjazd nad morze na 7 dni (w tym impreza, o której rozmawiamy) wyniesie nas w sumie około 1800 zł. Trochę dużo choć z drugiej strony… Tyle wrażeń 😉

  4. BoB pisze:

    Hej 🙂
    Przeczytałem Twój artykuł o Openerze z zaciekawieniem. Ja bym jeszcze do nieudanych występów dorzucił King of Leon. A do bardzo dobrych Madness (których opuściłaś), Santigold, The Kooks i polski Łąki Łan.
    Z niecierpliwością czekam na 2010 😉

Możliwość komentowania jest wyłączona.