Editors – Klub Studio, Kraków

Nowa płyta i co się z tym automatycznie wiąże, nowa trasa koncertowa. Na szczęście nie zabrakło przy tej okazji przystanku w Polsce, a fani mieli okazję zobaczenia swojego ulubionego zespołu nawet dwukrotnie (jeśli znaleźli się tacy zapaleńcy, a przypuszczam, że tak), pierwszy raz w Warszawie (23.11) i drugi w Krakowie (25.11). Wielce oddanym fanem nazwać mnie nie można, dlatego zjawiłam się tylko na koncert w Krakowie. Termin trochę mało fortunny, bo to idealnie środek tygodnia, ale na coś trzeba w końcu ten urlop wykorzystać.  Nie mówiąc już o tym, że to miłe oderwanie się od normalnego tygodniowego trybu.

A ten wpis trochę spóźniony, bo w zasadzie relacje z koncertu powinno pisać się zaraz po nim, kiedy emocje i wspomnienia są wciąż żywe. Mści się ciągle odkładanie wszystkiego na później. Wspomnienia (bezcenne!) jednak pozostaną, teraz może są tylko bardziej ugruntowane.

Zespołowi należą się pochwały za umiejętnie wymieszanie repertuaru ze wszystkich trzech albumów. Obyło się bez nadmiernej eksploatacji najnowszych kawałków na samym początku, bo niestety taką taktykę artyści bardzo często obierają. Jak można było się przekonać np. przy okazji występu Achive, tu nie dość, że same kawałki z nowej płyty na sam początek, to jeszcze w idealnym porządku jak na płycie. Editors zaczęli, co zrozumiałe od In this light and on this evening, trudno byłoby się spodziewać czegoś innego. Dziwnym byłoby wręcz gdyby zdecydowali się na jakiś inny utwór.

Najlepsze kawałki, „przeboje” na początek i koniec (cudowne Papillion przy bisie…), spokojniejsze utwory wplecione w środek występu. Publiczność dopisała, chociaż jak zwykle znalazły się osoby, które za nic nie chciały dać się ponieść. Ok, rozumiem, nie każdy może lubić się tak wyszaleć, można przyjść żeby sobie wyłącznie posłuchać. Ale po co w takim układzie pchać się tak blisko sceny? Nigdy tego nie zrozumiem, jak również na przykład tego jak można taki energetyczny koncert spędzić stojąc z założonymi rękami… Jeśli już się czepiam, to również kontakt zespołu z publicznością pozostawiał trochę do życzenia. Nie wpływa to zbytnio na całościowy odbiór samego koncertu, ale gdyby ten element został należycie spełniony zabawa mogłaby być jeszcze lepsza.

Na koniec słówko o supporcie, Wintersleep i Maccabees. Oba zespoły nieznane mi wcześniej, pierwszy wyszedł stosunkowo wcześnie i pograli też stosunkowo krótko. I chociaż miło się nawet ich słuchało, to nie pozostawili zbyt wielkiego śladu w mojej pamięci. Zupełnie inaczej niż Maccabees, bardzo energetyczna grupa (z przystojnym wokalistą, ha!), też  jak mogłam się przekonać później, wiele osób zjawiło się na koncercie tylko ze względu na nich. Będę musiała zapoznać się z dokonaniami tej grupy trochę bliżej.

Bawiłam się znakomicie, koncert z gatunku takich, na których można dać upust swojej energii, czyli mówiąc inaczej wyszaleć się i porządnie zmęczyć. Aha, i tym razem na miejscu byłam wcześniej, żeby uniknąć przykrej sytuacji jak wcześniej przy  Archive. Teraz wszystko było jak należy, support, później niecierpliwe oczekiwanie kiedy w końcu na scenie pojawi się Editors. Zdecydowanie warto było tłuc się pociągiem do Krakowa.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Muzyka i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.