Bilety do kina

Lubię chodzić do kina. Biorąc pod uwagę łatwość zdobycia nielegalnej kopii z internetu, takie stwierdzenie może wyglądać jak przejaw naiwności. Jednak… jest coś magnetycznego w kinowej sali i nie mam tu na myśli innych osób siorbiących colę czy ciamkających popcorn. Zresztą, wystarczy dobrze dobierać godziny i same filmy, żeby uniknąć takich sytuacji. Wybierając się do kina nigdy nie zastanawiałam się nad kosztem jaki trzeba przy tym ponieść, który dla mnie, osoby, która jeszcze może korzystać ze zniżek studenckich jest stosunkowo niewielki. Ale jeśli spojrzeć na rodzinne wyjścia tego typu, model 2+2, czyli rodzice z dwójką dzieci okaże się, że jednorazowy koszt takiej imprezy oscyluje gdzieś w granicach 150 zł. Pytanie czemu tak drogo, które automatycznie się pojawia postawił sobie również autor artykułu w magazynie Film, Paweł Moskalewicz. Jego lektura (w dwóch częściach, najpierw numerze marcowym i teraz kwietniowym) może nie do końca da dokładną odpowiedź na to pytanie, ale na pewno na całą sprawę rzuci trochę światła.

Na początku trzeba sobie uświadomić ile podmiotów jest zainteresowanych złotówkami jakie wydajemy na bilet. 7% z tej sumy to oczywiście VAT, dalej 1,5% idzie na Polski Instytut Sztuki Filmowej (PISF), z tego co zostanie dzieli pomiędzy siebie kino i dystrybutor. W pierwszych tygodniach jest to równo po połowie, żeby w późniejszym okresie zmienić się na korzyść kina na 60 czy nawet 70% zabieranych wpływów z biletów. Przy czym z puli, którą otrzymuje dystrybutor część idzie jeszcze dalej, do producenta filmu. Argumentacje obu stron? Kiniarze tłumaczą się koniecznością odpowiedniego wyposażenia sal, czynszem (jeśli mówimy tu o multipleksach, które zazwyczaj umiejscowione są w największych centrach handlowych na pewno nie należy on do tanich), opłatami za prawa do filmów, płacami… Dystrybutorzy ripostują, że i tak działają na granicy opłacalności. W film trzeba odpowiednio zainwestować (kopie, reklamy, plakaty), nie przy każdym z nich ten koszt się zwróci. Na jednym filmie się zyska, na drugim straci. Często bywa tak, że dystrybutor wychodzi na tej imprezie na zero.

Chęć zysku czy taniej po prostu być nie może? Kto ma w tym sporze więcej racji? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, tym bardziej, że moje zdanie jako widza, który w tym wszystkim jest trochę pośrodku, będzie bardzo subiektywne. Najlepsza sytuacja to taka, kiedy bilety  zauważalnie  by staniały. Jednak jak dalej docieka w swym artykule Moskalewicz, nie ma większych na to szans. Możliwa obniżka to kwestia może paru złotych, ludziom, którzy do kina generalnie nie chodzą nie zrobi to wielkiej różnicy, ci co robią to regularnie nie przestaną nawet jeśli cena miałaby nieznacznie wzrosnąć. Obniżki się nie sprawdzają, tak samo specjalny rodzaj biletów rodzinnych. Liczba osób odwiedzających kino bardzo się przez to nie zwiększa, a efekt jest taki, że ludzie, którzy poszliby do kina w normalny dzień polują kiedy mogą wejść taniej. Z punktu widzenia kina (i dystrybutora również) – nieopłacalne.  Przykłady małych kin studyjnych niekoniecznie przekonują, wskazuje się, że takie promując filmy ambitnie, które nie wchodzą do masowej dystrybucji dostają zastrzyk gotówki od resortu kultury czy lokalnych samorządów. Czy tak jest w istocie należałoby spytać właścicieli mniejszych kin, ale jak to pewnie zwykle bywa sytuacja nie będzie się przedstawiać tak różowo.

Jaki jest wniosek płynący z artykułu? Na postawione pytanie: czy może być taniej? otrzymujemy odpowiedź przeczącą. Albo lepiej byłoby powiedzieć, że teoretycznie mogłoby to być możliwe, ale odpowiednie podmioty nie są tym zainteresowane. Z drugiej strony trudno się dziwić, to przedsiębiorstwa, a nie charytatywne firmy mające w swoim statucie cel wprowadzenia filmów za jak najniższą cenę. I mimo ukazanego przykładu Estonii, gdzie bilety  poważnie staniały, w Polsce nie ma w najbliższym czasie na to większych widoków.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Film i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.