Open’er Festival 2010

Minął już trzeci tydzień od jednego z największych muzycznych wydarzeń w Polsce, wystarczająco długo, aby w końcu pojawił się jakiś wpis na ten temat. Czemu czekałam tak długo? Najbliższe prawdy będzie stwierdzenie o moim lenistwie, które tym razem mogę tłumaczyć nieznośnymi upałami. Tegoroczna edycja festiwalu była dziewiątą z kolei, a dla mnie okazją do czwartej już wizyty w Babich Dołach. Nie, nie nudzi mi się to, tak jak ciągłe uczestnictwo w koncertach. I mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie. Mówiąc krótko, obym nigdy nie dożyła chwili, kiedy nie znajdę w sobie chęci, żeby wybrać się na koncert (inną sprawą są obiektywne przeszkody, których czasami nie da się przeskoczyć). Wracając do samego Open’era, patrząc od momentu kiedy pierwszy raz w nim uczestniczyłam, czyli 2006 roku – rozrósł się i to znacznie. To już nie tylko festiwal, którym ekscytują się pewne grupy w Polsce, to również jedno z większych wydarzeń muzycznych w Europie. Otrzymana nagroda European Festival Awards w kategorii Best Major Festival tylko to potwierdza.

Ta rosnąca popularność była widoczna, jak można przeczytać na stronie Open’era, z pola namiotowego korzystało 20 tys. osób, a na samym festiwalu bawiło się ich ponad 85 tys. Suche liczby, które tylko potwierdziły moje subiektywne odczucie, że w tym roku ludzi było jeszcze więcej niż w poprzednim (wtedy było mowa o 50 tys. uczestników). Przelewające się z każdej strony tłumy, zdążające w każdym możliwym kierunku. I chociaż organizacja festiwalu, jak przy poprzednich edycjach była bardzo dobra, to tym razem niekiedy trzeszczała przy pewnych elementach – problemy z wodą na polu namiotowym czy te związane z wymianą biletów na opaski jakie pojawiły się pierwszego dnia (jak później się dowiedziałam wiele osób miało z tego powodu problemy, żeby dotrzeć na koncert Pearl Jam). Ale pomimo tych nielicznych mankamentów trzeba przyznać, że rzadko kiedy goście Open’era mieli powód do tego typu narzekań. Na plus należy zaliczyć już stałe bezpłatne autobusy podczas festiwalu czy pojawiające się w tym roku specjalne pociągi do Gdyni z Warszawy, Łodzi czy Wrocławia.

Spośród innych nowości należy wymienić materiały jakie pojawiały się na stronie opener.pl. Mowa o live streaming, czyli możliwość oglądania występów na żywo lub niedługo po ich ukończeniu (miało je obejrzeć nawet kilkadziesiąt tysięcy osób) czy Open’er TV, fragmenty tegorocznych występów, wywiady i inne tego typu materiały.A na antenie Trójki odbyła się 30-minutowa transmisja koncertu Pearl Jam, jak rozumiem na żywo. Podobno (bo nigdy nie trafiłam na miasteczko festiwalowe tak wcześnie) była również platforma, gdzie można było podzielić się wrażeniami z festiwalu – Hyde Park zorganizowany przy Main Stage czynny codziennie w godzinach od 17 do 19. A jeśli ktoś chciał wysłać pocztówkę znad morza, była możliwość zakupienia na polu namiotowym specjalnych open’erowskich.

Można twierdzić, że Open’er to nie tylko muzyka, wskazując na obecność podczas festiwalu pozarządowych organizacji, jednak dla mnie strefa NGO czy ekologiczne akcje zbierania plastiku pozostają zdecydowanie na uboczu, powiedziałabym wręcz, że ich obecność (czy też ewentualny brak) pozostaje zupełnie bez znaczenia. Najbardziej istotne są występy poszczególnych artystów, bo przede wszystkim dla nich chce mi się tłuc z drugiego końca Polski. Moich osobistych headlinerów było kilku i to głównie z myślą o nich wybrałam się w tym roku do Gdyni. Pearl Jam, Massive Attack, Archive, Dead Weather, The Hives. Nie obyło się bez małych rozczarowań, rozterek co wybrać (kiedy np. występ Dead Weather pokrywał się z Archive), zachwytów i nowych odkryć. Ale po kolei.

Pierwszy dzień to oczywiście występ Pearl Jam. Przed festiwalem czytałam prorocze opinie, że będzie to najlepszy koncert na Open’erze. Tak naprawdę do dzisiaj trudno mi to ocenić, jak również wskazać ten jeden najlepszy. Koncert, który dał Pearl Jam zaliczyć na pewno mogę do bardzo dobrych. Prawie dwugodzinny, ze starymi przebojami, takimi jak Jeremy czy Even Flow, przeplatany z utworami z nowszych płyt, a całość zapoczątkowana dosyć długą, jak na koncertowe warunki, przemową po polsku. Z uwagi na fakt, że 30 czerwca minęła dziesiąta rocznica koncertu na Roskilde, podczas którego zginęło dziewięć osób, nie obyło się bez próśb od wokalisty o ostrożność. I chyba faktycznie przez te apele było nieco spokojniej. A Eddie Vedder ujął mnie po prostu jako człowiek, naprawdę w tamtej chwili polubiłam gościa. Zresztą przez cały koncert miał bardzo dobry kontakt z publicznością. W tym dniu początkowo miałam również w planach obejrzenie występu Trickiego, ale z racji na długość występu Pearl Jam i odległość sceny głównej od Tent Stage, było niemożliwością żeby obejrzeć oba koncerty (chyba że z jednego wyszło się w trakcie). W tym roku zdecydowano się przenieść dalej scenę namiotową, wiele osób na to narzekało, ale jak wynika ze słów Mikołaja Ziółkowskiego taka odległość dała dobre efekty w postaci większej przepustowości w poruszaniu się tłumów. I w związku z tym umiejscowienie Tent Stage nie ulegnie zmianie. Cóż, nie zawsze to co ważne z punktu widzenia festiwalowicza jest takie same dla organizatorów.

W drugim dniu najważniejszy dla mnie był koncert Massive Attack, ale przed nim miał miejsce jeszcze występ Mando Diao. I to było jedno z tych zaskoczeń, zespołu nie znałam wcześniej, ale jak to miało miejsce wielokrotnie wcześniej, zupełnie nie przeszkodziło mi to, aby świetnie się na nim bawić. Panowie stylizacją przypominali mi trochę tych od Franz Ferdinand, te same fryzury i styl kojarzący mi się z „grzecznymi chłopcami”. Detale, bo w ich wypadku najważniejsza była muzyka, utwór Dance with somebody zagrany na bis długo pozostanie w pamięci. Zaraz po nich na scenę wyszedł Massive Attack, zespół który zdążył się już zapisać w historii Open’era, ich tegoroczna wizyta była już trzecią. Jak łatwo można było przewidzieć najwięcej utworów było z najnowszego albumu Heligoland, ale nie zabrakło też tych z Mezzanine, w moim osobistym rankingu, obok 100th window to advance najlepszych płyt tej formacji. Zagrali utwory takie jak Angel, Risingsong, Teardrop czy Karmacoma. Cudowny koncert, o wiele lepszy od tego jaki dali w 2008 roku.

Trzeci dzień był tym najmniej udanym, ale spisać go zupełnie na straty nie można przez występ Skunk Anansie i wręcz zwierzęcą energię, która podczas tego występu wylewała się ze sceny. Od razu przypomniał mi się solowy występ Skin w 2006 roku, ta piosenkarka sprawia, że koncerty z jej udziałem bardzo wyraźnie zapisują się w pamięci. Trudno w takim zestawieniu powiedzieć coś pozytywnego o Kasabian, którzy zagrali spokojnie, zupełnie tak jak na płytach. Chociaż podobno końcówkę mieli dobrą (nie wiem ja do niej nie doczekałam), ale umówmy się jeden czy dwa utwory nawet najbardziej żywiołowo zagrane nie ratują całego występu.

I dzień ostatni, który miał być tym najlepszym, ale nie obyło się bez małego rozczarowania za sprawą grupy The Hives. Tyle się naczytałam o ich żywiołowych koncertach, wulkanie energii jakim miał być wokalista, przez co spodziewałam się czegoś naprawdę dobrego. A otrzymałam? Co najwyżej poprawny występ. Niby wszystko w tym koncercie było na swoim miejscu, jednak czuło się pewien niedosyt. Zabrakło tej iskry, dobrego kontaktu z publicznością (czy dlatego nie było bisów?), a cały występ był trochę przegadany. Szkoda, bo naprawdę wiele sobie po tym koncercie obiecywałam. Na szczęście Dead Weather nie zawiódł, ba, był miłą odmianą z bardzo wyrazistą Alison Mosshart, a Jack White udowodnił, że również na perkusji bardzo dobrze sobie radzi, chociaż nie obyło się bez sięgnięcia po gitarę. Marzy mi się koncert White Strpes kiedy Jack nie będzie się chował z tyłu, tylko od początku do końca z przodu będzie walczył ze swoją gitarą. Potem był jeszcze kawałek koncertu Archive, szkoda, że nie można było go obejrzeć od początku, a najlepiej być w dwóch miejscach jednocześnie.

I tak minęły długo oczekiwane cztery koncertowe dni. Przeplatane wizytami na pobliskiej plaży i raczeniem się złocistym trunkiem. Przy okazji, na pewno teraz przez długi czas nie sięgnę po Heinekena, może dopiero przy kolejnym Open’erze. Ale kto wie, może w następnym roku wybiorę się do sąsiadów na Rock for People w Hradec Králové, line-up był tam równie ciekawy, a poza tym… czeskie piwo i możliwość ponownego odwiedzenia Pragi mogą być sporymi plusami. Chociaż z drugiej strony, jeśli na okrągłą edycję ekipa Alter Artu przyszykuje coś naprawdę dobrego, żal będzie się znowu nie pojawić w Gdyni.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Muzyka i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.