„Google zgwałciło nam mózgi”

To cytat z artykułu Jacka Dukaja Za długie, nie przeczytam… jaki ukazał się w Tygodniku Powszechnym. Jest w nim mowa o wpływie internetu na literaturę, zarówno patrząc z perspektywy czytelników, jak i pisarzy. Wnioski płynące z tego tekstu nie są pocieszające, można je wręcz określić przerażającymi. Szczególnie jeśli opisywane objawy odnajdziemy u siebie,  takiego szeregowego użytkownika internetu. I nie mam tu na myśli sloganowych haseł typu „internet niszczy literaturę”, tak samo mało wnoszących jak wcześniejsze, „telewizja niszczy radio”. Rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana, a konsekwencje za tym idące o wiele szersze.

Dukaj w swoim artykule opisuje eksperyment Gary’ego Smalla a rozpropagowany przez Nicholasa Carra, w którym poddano analizie aktywność mózgową osób przeglądających strony internetowe. Wybrano do tego „starych wyjadaczy”, jak i „nowicjuszy”. W pierwszej grupie aktywność mózgowa była o wiele większa, ludzie ci nastawieni już byli na odbiór dużej ilości bodźców, na szybkie podejmowanie decyzji co do wyboru strony. A co w tej sprawie najciekawsze po sześciu dniach godzinnego spędzania czasu w internecie aktywność mózgowa „nowicjuszy” nie różniły się już niczym od „starych wyjadaczy”. Wniosek, zmiana jest nieuchronna.

Myślenie w rytmach Staccato, czyli odbieranie równolegle kilku przekazów mogę zaobserwować również u siebie. Przejawiająca się pewna trudność w skupieni się nad lekturą i kilkugodzinnym spędzeniu czasu z książką. Jest to możliwe, owszem. Tylko wymaga niejakiego wysiłku odizolowania się od bodźców, które nieustannie rozpraszają. Tego ciągłego bombardowania  nowymi informacjami. A tak całą sprawę opisuje Jacek Dukaj:

Zauważyłem u siebie następujący objaw: sama  m o ż l i w o ś ć  dostępu do sieci (wejścia w tryb myślenia ? la Google) czyni niezwykle trudnym skupienie się i pracę nad tekstem w tradycyjny sposób. Muszę fizycznie odciąć się od dopływu informacji, żeby umysł przestawił się na „myślenie książkowe”, przestał skakać po skojarzeniach i domagać się coraz to nowych bodźców uwagi. Ale nie wystarcza zamknięcie przeglądarki czy odejście parę kroków od komputera – bo nadal  w i e m, że od strumienia informacji dzieli mnie jedna decyzja, jedna sekunda; umysł czeka w gotowości.

To samo dotyczy prób czytania głębszych narracji przy włączonym komputerze z dostępem do sieci, nawet jeśli sam monitor został wyłączony. Stąd coraz popularniejszy sztywny podział na komputer z internetem i komputer bez internetu, przeznaczony wyłącznie do pracy.

Aktywne użytkowanie internetu zacząło się u mnie mniej więcej pod koniec liceum, a co powiedzieć o dzieciakach, które teraz od najmłodszych lat mają ten dodatkowy element w swoim wychowaniu? Jeśli przy tym dodać do tego rodziców, którzy nie dbają o intelektualny rozwój swojego dziecka a książki są w domu nieobecne oraz fakt ciągłych ucinania funduszy na kulturę i edukację… To wizja robi się coraz czarniejsza. Panika? Nie, nie wieszczę rychłego schyłku czytelnictwa, jednak pewne zmiany w naszym odbierze są, jakby nie patrzeć mocno niepokojące.

Przy tej okazji przypomniał mi się jeden z tygodni podczas którego czytałam wyłącznie w komunikacji miejskiej, w drodze do pracy. Tłumaczyłam to brakiem czasu na pochylenie się nad książką w domu przez natłok innych zajęć. A może lepszym wytłumaczeniem byłby brak dostępu do komputera z internetem?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Subiektywnym okiem. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.